Martwy dom – Petra Soukupova Pod śniegiem



„…Nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać od życia. Czasem jednak wiadomo. …”. Takimi słowami kończy się jedna ze scen podsumowujących utwór Soukupovej. Nostalgiczne przemyślenia córki, która mocno wzruszona, obserwuje przez okno starzejącego się ojca, łączą się z niezwykłą aurą mroźnej i śnieżnej nocy. Spadł śnieg i nagle wszystko okazuje się tym, czym być powinno. Jest biało i pięknie. I choć to, co znajduje się pod spodem, w tej chwili zdaje się być nieważne, to jednak nie będziemy mogli długo od tego uciekać. Śnieg bowiem ma to do siebie, że bardzo szybko znika, topnieje i spływa, podobnie jak wszystkie emocjonalne warstwy ochronne, jak piękne, sielankowe  iluzje. Nie ma więc powodu, aby się oszukiwać, życie nie zaskoczy. Przyniesie starość, rozkład relacji, czarny tort i zdradzającego męża, ale da też przedziwny rodzaj ulgi, która jest formą pogodzenia się z losem i furtką do pozostawienia trudnego świata przeszłości. Taką właśnie ulgę czuje się po przeczytaniu książki Pod śniegiem.

Jest to utwór trudny, choć z pozoru może wydawać się lekki, a wręcz infantylny. Autorka opisuje bowiem coś zupełnie banalnego –jeden dzień z życia trzech sióstr jadących na przyjęcie urodzinowe ojca . Wrażenie lekkości potęguje narracja, która jest swobodna i niewyszukana, ot taki zwykły opis podróży w połączeniu z luźnym zapisem myśli. Nie ma wyraźnie wyodrębnionych dialogów, co pokazuje, w jaki sposób wypowiadane słowa wynikają z procesu myślowego bohaterów lub mu przeczą. Lekkość jednak jest pozorna i właściwie już po przeczytaniu kilku pierwszych stron, czytelnik czuje atmosferę gęstą od żalu i złości. Styl się jednak nie zmienia i Autorka do samego końca nie rezygnuje z reporterskiej wręcz prostoty. Mimo to, czujemy bardzo dokładnie wszystko co dzieję się w aucie Blanki, każdą najmniejszą emocję, każdy grymas twarzy. Soukupova jest mistrzynią eksponowania  detalu i dlatego mamy to co mamy, czyli bezbłędny zapis tego wszystkiego co może wywołać lawinę trudnych wspomnień i reaktywować zabliźnioną złość. A punktem zapalnym stają się nawet zupełnie absurdalne sprawy – brudny pies, dziecko grające na iPadzie, płacz niemowlaka, zniszczony, stary płaszcz jednej siostry i modny, elegancki drugiej. Czuje się  ciasnotę auta, duchotę w nim panującą, ma się wrażenie, że wszyscy siedzą tam dosłownie na sobie, także w kontekście mentalnym. Kiedy w końcu samochód zatrzymuje się na parkingu przed McDnonaldem i drzwi się otwierają, każdy oddycha z ulgą. Czytelnik również. Podobnie jest w domu rodzinnym bohaterek. Ciasno, tłoczno, nie ma miejsca, wszystko zawadza, panuje dziwny, obezwładniający zaduch. Na próżno jednak szukać w tekście ocen moralnych i wskazywania paluszkiem – to on jest winny, lub - to przez nią. Siostry wprawdzie oceniają siebie nawzajem bardzo surowo, ale czytelnik nie dostaje najmniejszej sugestii co do tego, kto mógłby być odpowiedzialny za fatalne relacje w rodzinie i w rezultacie za jej finalny rozpad. Autorka nie wchodzi w ton kaznodziejski, nie poucza, nie daje rad. Zamiast tego, dokładnie i metodycznie relacjonuje bawiąc się tym samym z czytelnikiem i wierząc w jego inteligencję. Nie wprost, ale jednak na tyle wyraźnie, że można to usłyszeć, pyta –  jak ty się na to wszystko zapatrujesz, gdzie leży problem w książce, a gdzie w twojej własnej historii? Doskonały warsztat, sugestywny dzięki swej prostocie styl. Na dziesięć możliwych punktów przyznaję dwanaście.

Pozornie bohaterkami są kobiety, trzy siostry, oraz ich matka, ale nie tylko one, bo bohaterem głównym zdaje się być umierający, a właściwie już martwy, dom. Dom, w którym dorastały Olga, Blanka i Kristyna. Dom, z którego w sensie mentalnym niewiele obecnie zostało. Dorosłe kobiety wracają do niego na urodziny ojca, ale w zasadzie żadna się z tego nie cieszy, żadna nie odczuwa przyjemnego mrowienia na myśl o tym, że zaraz będzie u siebie.  Na dodatek okazuje się, że solenizant już w nim nie mieszka na co dzień i że tak naprawdę wcale nie zależy mu na imprezie, a od towarzystwa córek woli czytanie gazety. O co więc chodzi? Po co tam przyjechały? Jeśli nie są to urodziny, to co to jest? Może stypa? Symboliczna obecność czarnego tortu nie pozostawia wątpliwości. Tak, wszyscy zebrali się w tym miejscu, aby pożegnać rozpadającą się rodzinę. Nic już nie będzie takie jak dawniej, każdy o tym wie i każdy musi to po swojemu oswoić  konfrontując się równocześnie z własnymi lękami lub iluzorycznie przykrywając je śniegiem. Blanka musi zmierzyć się z trudami macierzyństwa, w którym jest zostawiona sama sobie, kompleksami  oraz nieustanną fobią na punkcie wierności męża. Olga staje twarzą w twarz z tęsknotą za bliskością absurdalnie połączoną z  obezwładniającym lękiem przed związkiem. Kristyna powinna dorosnąć i zrozumieć jak destrukcyjny wpływ ma na nią relacja z żonatym mężczyzną. Jest jeszcze Marie, czyli matka, i jej nostalgiczna historia, którą wypełnia trudne małżeństwo pełne toksycznej  obecności teściowej i niespełnionych marzeń, również tych o idealnym macierzyństwie . Marie jest czynnikiem sprawczym całego zamieszania i to ona w symboliczny sposób serwuje rodzinie czarny tort, czyli urządza stypę martwemu domowi. Ona też jest postacią, której analiza przynosi czytelnikowi ulgę, bo jako jedyna jest pogodzona ze światem i ze sobą,  jako jedyna znajduje się w miejscu pełnym spokoju i błogiej ciszy. I nawet jeśli jej refleksje są gorzkie, to ona sama zdaje się być wobec nich pogodna.

Kilka razy czytałam w recenzjach, że Pod śniegiem to książka, w której marginalizuje się postaci męskie na rzecz uwypuklenia i podkreślenia bohaterek kobiecych. Nie do końca się z tym zgodzę. Owszem, byli  lub obecni  partnerzy sióstr zostają mocno zepchnięci na bocznicę i właściwie nie kreśli się ich zbyt dokładnie, co zresztą ma sens, bo akcja jest symboliczną drogą kobiet, którą musza przebyć same, w ciasnocie i zaduchu własnych lęków i ograniczeń, z tym że jest jeszcze przecież ojciec. I tu już nie ma mowy o drugim planie. Jest to genialnie skonstruowana postać . Na pierwszy rzut oka widać go tak mało, że praktycznie nie istnieje w ekspansji charakterologicznej pozostałych członków rodziny. Jako jedynego bohatera nie nazywa się go imieniem, mówi się o nim – tata, dziadek, on. A  jednak to właśnie ojciec jest obecny na każdym kroku i to on determinuje miażdżącą większość reakcji i zachowań sióstr. To jak je traktował w dzieciństwie, jest, jak wszystko inne, opisane w sposób pozbawiony oceny i miejscami jedynie delikatnie zaznaczone. Wiemy, którą faworyzował, od której wymagał, i która w największym stopniu była mu obojętna. I to w zasadzie tyle. A potem praktycznie przez cały czas obserwujemy jak bardzo jest to ciągle ważne i jak mocno wpływa na dorosłe życie bohaterek. Ojciec i jego sposób wychowania jest obecny w każdej ich relacji, w każdym leku i w każdej radości. Ojciec siedzi z nimi w tym zatłoczonym aucie i każe im się nawzajem osądzać, choć przecież mogłyby zamiast tego wspierać się w trudnych chwilach. Ojciec zaszczepia im ducha rywalizacji o swoje względy, niekoniecznie sprawiedliwie, nagradzając  atencją za spełnianie oczekiwań. To nie mija z wiekiem. Siostry ciągle toczą bój o jego uwagę i ciągle widzą w mężczyznach, również w swoich partnerach, wojenny front. Dlatego Blanka tak bardzo boi się zdrady męża, a Kristyna nie umie zakończyć fatalnego związku.

Takich archetypów jest w książce oczywiście o wiele więcej i wszystkie są bezbłędne. Relacje, w całym swoim okrucieństwie, są tam przekrajane wzdłuż i bezlitośnie odsłaniane. Psychologiczne harakiri dokonuje się na oczach czytelnika i wybrzmiewa chłodnym pozbawionym emocji tonem. To jest najbardziej porażające i najmocniej wbija w fotel. Kto z nas nie mógłby utożsamić się z jakąś częścią tej historii? Kogo choć trochę ona nie zaboli? Jej dosłowność  jest jak wewnętrznym szept, który mówi, że to przecież mogę być ja , że to w sumie opowieść także i o mnie. Uwagę zwraca fakt , że tu nie ma żadnej oficjalnej patologii, żadnej zbrodni w lesie, żadnego molestowania. Tu nie ma nawet awantur. To jest normalna rodzina, a nie jakiś odległy świat, któremu można wielkodusznie współczuć, ale nie trzeba się z nim utożsamiać. Ojciec jest wykładowcą, siostry świetnie sobie radzą pod względem finansowym, mają mieszkania, samochody, są dobrze wykształcone. A jednak, taki z pozoru miły domek, krwawi i umiera na oczach wszystkich. Umiera nie pod wpływem jakiegoś dramatycznego impulsu, ale po długiej i wyczerpującej chorobie, bo to nigdy nie był zdrowy dom. Nie odchodzi jednak zupełnie bez śladu, zostawia bowiem schematy zachowań, które są i pewnie długo jeszcze będą obecne w życiu dorosłych już córek. Marie jest jedyną osobą, która te bolesne zrosty podświadomości zauważa i likwiduje. Tylko ona jest spokojna w tej plątanie zranień i złości. Tylko ona zachowuje dystans i właściwie nie oczekuje już niczego. Czy córki pójdą jej śladem i stawią czoła swoim lękom? Czy też może wszystko przysypie śnieg iluzji? Te pytania pozostają otwarte. Natomiast fakt, iż wybrzmiewają na tyle głośno, że czytelnik bierze je również do siebie, niech będzie dowodem na to, że powieść ta jest mistrzostwem świata jeśli chodzi o rys psychologiczny i sugestywność postaci.

Z literaturą czeską jest trochę tak jak z ulubioną restauracją, w której pracuje zaprzyjaźniony kucharz. Przychodzisz, mówisz – nakarm mnie czymś dobrym – i wiesz, że w sumie nieważne co ci poda, bo cokolwiek by to nie było, będzie smakować fenomenalnie. Kiedy w książkowym menu widzę więc czeskie nazwisko, biorę utwór niemalże w ciemno. Klimat tamtejszego pisarstwa jest nie do podrobienia i nie ma znaczenia, czy to jest kryminał, powieść obyczajowa, czy quasi-autobiografia. Soukupova natomiast zajmuje u mnie absolutnie topowe miejsce. Uwielbiam jej prozę i mam ochotę propagować i promować ją praktycznie na każdym kroku. Moim zdaniem, jest to literatura uniwersalnie dobra. Wiem, że jako odbiorca totalnie urzeczony talentem Czeszki, prawdopodobnie przesadzam i wyolbrzymiam, wiem też, że o gustach się nie dyskutuje, ale i tak w zasadzie nie wyobrażam sobie, że jakikolwiek odbiorca z wrażliwością czytelniczą choćby ciut pokaźniejszą niż zamiłowanie do love stories lub komercyjnych pseudothrillerów spod bandery Dziewczyny z pociągu, mógłby machnąć nad nią ręką i powiedzieć – oj tam, oj tam. Siłą tej dobitnie uproszczonej w formie przekazu, a jednocześnie głęboko symbolicznej książki, jest bowiem naga i bezwzględna prawda, a taką moc niezmiernie trudno kwestionować.




Komentarze

  1. Trudno się nie zgodzić, współczesna czeska proza to rzeczywiście jakiś fenomen. Od dwóch lat regularnie sięgam po czeska literaturę i jeszcze nie natknęłam się na książkę, która by mnie rozczarowała. Przeciwnie. Jedna lepsza od drugiej.

    OdpowiedzUsuń
  2. W sensie każda kolejna lepsza od poprzedniej ;) Ale wszystkie na niesłabnącym poziomie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem absolutnie oddana literaturze czeskiej. Gdyby nie fakt, że każdą wolną chwilę poświęcam czytaniu, a ostatnio także pisaniu, uczyłabym się czeskiego, aby móc czytać te książki w oryginale, mimo że nie mam nic do zarzucenie przekładom. Marzę też o tym, aby odwiedzić Pragę.
      Na mojej półce czeka już Petr Stancik i "Młyn do mumii". Recenzja wkrótce ;)

      Usuń
    2. O, super, jest na mojej liście ta niezwykła książka, ale jeszcze jej nie mam w biblioteczce. Jeśli zrobi na Tobie wrażenie, może przyspieszy to sprawy ;)

      Usuń
    3. Zrobi ;) jestem w trakcie lektury i już to wiem. Wkrótce podzielę się wrażeniami ;)

      Usuń
  3. Znakomicie opisałaś tę powieść, właściwie nie miałabym nic do dodania. Genialna proza!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa ;) I, mam nadzieję, do rychłego zobaczenia przy okazji kolejnych literackich przygód ;)

      Usuń
  4. Ostatnio chętnie zaglądam do czeskiej literatury, zawsze ją lubiłam, ale teraz bardziej ją doceniam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam literaturę czeską. Właściwie jeszcze nic mnie jak dotąd na tej płaszczyźnie nie rozczarowała ;)

      Usuń
  5. Miałam okazje spotkac się literatura czeską a ta pozycja wydaje sie interesująca. Muszę jej poszukać, może będzie w bibliotece.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz