Maski, duchy, cienie… - Paul Auster „Trylogia nowojorska”



W czytaniu ważne jest otoczenie, klimat, odpowiedni czas i właściwe miejsce. Uwielbiam czytać nocą. Lubię koce, lampy, herbaty z cytryną, a jeśli do tego mam uderzający miarowo o szyby deszcz, to właściwie mogę mówić o pełni szczęścia.  W takiej właśnie atmosferze miała miejsce lektura utworu Trylogia nowojorska i to mnie chyba ostatecznie zgubiło… Deszcz, a właściwie zrywająca drogi ulewa, noc, przyjemne ciepło domowego zacisza… I jakże to wszystko wspaniale uzupełnione niezwykłą książką retro, książką cudownie staroświecką, a wręcz niepoprawnie staromodną. Tak mi się w dużej mierze toczyła ta czytelnicza przygoda i nie będę ukrywać, że tajemniczy, ale i pociągający mrok otaczającego mnie świata idealnie współgrał ze wszystkim co na kartach utworu znalazłam. Ciemne ulice, na których  czai się niezidentyfikowane niebezpieczeństwo, ucieczki i niespodziewane zaginięcia, słuchawka telefonu odkładana na widełki, koncepcja kryminału noir bardzo sprytnie przeplatana motywami filozoficznymi, historycznymi i psychologicznymi, przykurzona stylistyka i enigmatyczny tok rozumowania, którym Autor czaruje czytelnika wodząc go jednocześnie za nos. Podróż w magiczny świat, odpowiedź na wiele tęsknot mojej mało współczesnej  duszy. Literacki koncept bliski memu sercu jak mało co. I tak było przez całą praktycznie książkę – refleksyjnie, nostalgicznie, nastrojowo.  Tak się jednak nie skończyło, bo konkluzja, czy też jej atrapa, nie tyle wywołała u mnie klasyczną konsternację, co raczej uruchomiła banalny w swojej formie proces myślowy w stylu  - że co? Ale po kolei…

Książka składa się z trzech pozornie niepowiązanych ze sobą nowel. W tym przypadku bardzo lubię słowo ‘pozornie’, gdyż daje ono nadzieję na zagadkę – co też może łączyć ze sobą poszczególne części. I tutaj oczywiście również znalazłam wiele płaszczyzn wspólnych. Jedną z nich jest motyw znikania. Fantastyczny zabieg stylistyczny, który zaspokaja najbardziej perwersyjne i pierwotne fantazje ludzkości. Tutaj bowiem nie znika się tak ot, tutaj się  ulatnia. I też nie robi się tego bez powodu. A gdzieżby! Znika się bowiem po to, aby zająć dobre miejsce obserwacyjne, aby sobie wymościć kryjówkę. Czy jest ktoś kto po cichu nie myśli o tym aby  móc zobaczyć swój pogrzeb? Sprawdzić kto  nas opłakuje i czy wdowa tudzież wdowiec rozpacza wystarczająco intensywnie… Przyczaić się gdzieś obok i dowiedzieć się  jak świat funkcjonuje bez nas, ale fizycznie nie umrzeć... Tak właśnie znikają bohaterowie Trylogii,  czuje się ich gdzieś obok, ale jednocześnie zauważa się  wyraźny brak. Ci pozornie nieobecni  pociągają za sznurki, kontrolują i sprawują władzę. Oni mają przewagę, bo są poza toczącą się swoimi brutalnymi torami rzeczywistością i dzięki temu widzą więcej, mają szerszą i bardziej wyraźną perspektywę. Żeby mogli pozostać niezauważeni ,muszą jednak przywdziać maski , założyć dłuższe płaszcze, troszeczkę się schować. Dlatego właśnie opowieść pełna jest istot przypominających duchy, zjawy, cienie. Dużo mówi się tu o przeszłości , o tym co było, o tych, którzy byli. Symbolika tego przekazu jest mocna i urzekająca jednocześnie bo granice bardzo łatwo się zamazują i właściwie nigdy do końca niewiadomo kto śledzi, a kto jest śledzony. Każdy trochę znika, każdy w jakiś tam sposób czai za rogiem i nikt nie pozostaje wobec tej swoistej  gry obojętny . Czytelnik natomiast ma poczucie dziwności i niezwykłości oraz zastanawia się nieustannie  o co tak naprawdę chodzi, przez  co, rzecz jasna,  ginie w gąszczu rozmaitych interpretacji i nadinterpretacji… Czyli innymi słowy – czary…

Na tym jednak nie koniec jeśli chodzi o oryginalność i nietypowość dzieła, bo zastanawiając się nad motywami znikania i koncepcjami masek, bardzo szybko odkrywamy niesamowitą i absolutnie unikatową kreację owładniętego obsesją detektywa. Fobie tych którzy śledzą, obserwują i dociekają prawdy są pokazane w sposób iście piekielny. Daleko trzyma się Auster od powszechnie uznawanej za najwłaściwszą idei detektywa- bohatera. Nie ma tutaj policjantów posiadających nadludzkie moce, nie ma inteligencji i sprytu Sherlocka Holmesa. Jest za to ślepe podążanie za obsesją rozwiązania zagadki, jest obezwładniająca potrzeba kontroli. Nie dochodzi do spektakularnych akcji wieńczących sukces, zamiast tego detektywi stają się kloszardami, tracą rodziny i majątki. Autor w żadnym wypadku nie skupia się na psychologii sprawcy i właściwie sprawców jako takich eliminuje bądź lekceważy, zacierając jednocześnie granice miedzy dobrem a złem, między prawdą i kłamstwem, czym znowu bezczelnie mydli czytelnikowi oczy. Taki obnażony emocjonalnie, bezsilny detektyw dotyka bowiem najczulszych punktów, każe zadać pytania dotyczące naszych własnych obsesji  i demaskuje najniższe ludzkie potrzeby. Symbolika obezwładniających dążeń i zgubnych przyzwyczajeń jest przytłaczająca, a jej ponury wydźwięk potęguje fakt, że śledzący bardzo szybko zamienia się w śledzonego, że granice są umowne i trudno jednoznacznie określić kto jest kim.  O wielu kwestiach nie mówi się tu wprost, wiele się celowo i pozornie pomija. Czytelnik czuje, ze bierze udział w pewnego rodzaju grze i naiwnie wierzy, że bezbłędnie łamie kod i posługuje się właściwym kluczem. Czyli znowu – czary…

Auster czaruje jednak nie tylko nietypową konwencją i nietuzinkowym ujęciem tematu. Tym, co tak naprawdę otumania odbiorcę do granic poważnego zaślepienia, jest bowiem mocno dygresyjny i pozornie poszarpany styl. Nie ma tutaj mowy o rytmicznej formie przekazu, a gdybym miała porównać tekst to muzyki, powiedziałabym, że melodia w pewnym momencie  delikatnie usypia, po to, aby za chwilę budzić jakimś fałszywym tonem. Trzeba przyznać, że Auster jest doskonałym filozofem – gawędziarzem, że umie się przemądrzać, że porywa ponadprzeciętnie inteligentnym sposobem wypowiedzi. W fabułę wplecione zostają fragmenty, które bardzo łatwo zapadają w pamięć, sentencje pretendujące do miana aforyzmów i życiowych prawd objawionych. Nie są to jednak teksty, które spodobałyby się współczesnym fachowcom od motywacji i samorozwoju, gdyż wybrzmiewają raczej ponuro i przygnębiająco oraz podkreślają dość dramatyczne w swojej niepodważalności fakty. Weźmy np. taki fragment : „…Szanse nie są z góry określone, żadne reguły nie wyznaczają limitu pecha, w każdej sekundzie zaczynamy od początku, równie bezbronni wobec ciosu poniżej pasa, jak byliśmy sekundę wcześniej…”, albo : „…każde życie jest w sumie tylko tym, czym jest, i do niczego innego nie daje się sprowadzić. Czyli krótko mówiąc: życie nie ma sensu. …” . Cóż, nie są to chyba najlepsi kandydaci do przyklejenia na lodówkę i zaczynania dnia z pozytywnym nastawieniem. Od takich jednak językowych perełek aż roi się na kartach utworu i to właśnie one nadają mu takiego a nie innego koloru. Całość utrzymana jest bardzo mocno w konwencji stylu zakrawającego na trudny, wymagający, ambitny, ocierający się wręcz o elitarny . Z ogromną częstotliwością hiperbolizuje się tutaj przeżycia, wyolbrzymia się znaczenie faktów, gra się słowem i konwencją. Czytelnik po raz kolejny  ma więc wrażenie, że bierze udział w czymś niezwykłym i cieszy się, że jego wzniosły umysł jest w stanie przebrnąć przez te wszystkie meandry mądrości. Czytelnik naiwnie wierzy w swój intelekt i z dumą stwierdza, że łamie nieziemsko trudny kod. Owszem, książka jest niebywale  złożona, ale ja przecież sobie to  jakoś powoli układam,  na ostanie stronie Autor wyjaśni oczywiście o co chodziło i wszystko stanie się jasne, a moja inteligencja rozbłyśnie wówczas niczym polarna zorza pośród ciemności niewiedzy. A tymczasem na ostatniej stronie zastajemy słowa : „…wszystko pozostało zatem otwarte, nie dokończone, w oczekiwaniu nowego początku..”.  Ani mniej ani więcej.

W całym zaskoczeniu, które wywołuje lektura książki najtrudniejszy do przełknięcia jest jednak fakt, że przecież w zasadzie wszystko zostało wyjaśnione , że Autor tak naprawdę niczego nie ukrył, i że powinniśmy wiedzieć ,które fragmenty są książką w książce, które kreacje się powielają i czym tak naprawdę jest czerwony kajecik.  Nie zostaliśmy więc oszukani , ale zwiedzeni, wyprowadzeni w pole. No bo ten deszcz, i ten kocyk, i ta herbata z cytryną… I to znikanie, i te duchy, i to filozofowanie, i ta nostalgia… A tymczasem zamykam książkę i na odwrocie okładki widzę zdjęcie Autora i jego ewidentnie szelmowski uśmieszek, który mówi do mnie ponad wszelkimi czasoprzestrzeniami – i co, nie takaś znowu uważna jak ci się wydawało. I mam nieodparte wrażenie, że ten obraz właśnie jest konkluzją właściwą.  Odpowiadam więc – no dobra Panie Autorze, przeczytam książkę po raz drugi, tym razem bez deszczu, bez kocyka i bez sentymentów, i wtedy zobaczymy…
Natomiast  moich czytelników, nie bez maleńkiej dozy złośliwości,  informuję, że wszyscy jesteśmy jak Humpty Dumpty, a pradawną mowę, którą niegdyś Adam i Ewa posługiwali się w Edenie, i która uznawana jest za język Boga, podobno można odtworzyć . Ale to już sobie rozszyfrujecie sami podczas lektury ;).



Komentarze

  1. Zapowiada się interesująco, nietypowo, chętnie umówię się z książką na spotkanie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podoba mi się Twój styl pisania o wrażeniach czytelniczych, chętnie będę tu zaglądać w poszukiwaniu inspiracji książkowych przygód. :)

      Usuń
    2. Dziękuję pięknie😊
      I oczywiście zapraszam ☺

      Usuń
  2. Wszystko zostało tak pięknie ujęte w słowach, że mam wielką ochotę na "Trylogię nowojorską". Mam nadzieję, że dostanę w bibliotece. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję☺
      Trzymam kciuki, żeby udało się dostać.

      Usuń
  3. Uwielbiam czytać. Niestety przez pracę, obowiązki domowe, dziecko zbyt mało czasu temu poświęcam....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ja również chciałabym mieć więcej czasu na czytanie. ..

      Usuń
  4. Bardzo fajnie napisana recenzja! " Niezwiązana pozorność" zainspirowała mnie do dalszej pracy nad konstrukcją własnej książki...która w zamyśle (nawet częściowo napisanym ;) ma mieć cd :) A ten deszczowy klimacik pod kocykiem też uwielbiam...zwłaszcza jak czytam wtedy o upalnych tropikach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję 😀
      I życzę powodzenia w poczynaniach twórczych ☺

      Usuń
  5. Też bardzo lubię czytać, gdy za oknem pogoda pozostawia wiele do życzenia! Ale równie mocno lubię czytanie w parku, w otoczeniu przyrody lub na plaży :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja lubię czytać w każdych okolicznościach.

      Usuń
  6. Opisałaś wszystkie cechy idealne do czytania. W czymś takim i ja chętnie sięgnęłabym po tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
  7. O tak, ja również uwielbiam czytać w takich właśnie okolicznościach przyrody! O "Trylogii nowojorskiej" nie słyszałam - dziękuję za polecenie, na pewno rozejrzę się za tym tytułem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę więc przyjemnej lektury.
      I nie daj się zwieść...

      Usuń
  8. A wiesz, że ja nigdy nie czytam książek drugi raz. Szczególnie takich z wątkiem detektywistycznym. A jak u Ciebie o przeczytaniu całości ponownie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja uwielbiam wracać do książek, które kiedyś czytałam i sprawdzać jak je odbiorę na nowym etapie życia.
      Tutaj, bardziej niż o wątek detektywistyczny, chodzi o klucz, którym Autor się posługuje, a od którego skutecznie czytelnika oddala, poprzez rozmaite sztuczki😊
      Jeszcze nie doszło do ponownej lektury, ale myślę, że to kwestia czasu☺

      Usuń
  9. Interesujące i nietypowe. Mam nadzieję, że wpadnie mi kiedyś w ręce :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie jestem do końca przekonana czy to tytuł dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem.
      Mimo wszystko proponuję podjąć ryzyko ☺

      Usuń
  11. Kasiu, uwielbiam Twoje teksty, naprawdę! Serce rośnie. A książkę, dzięki Tobie, na pewno przeczytam i deszcz wyczaruję, jeśli będzie trzeba, i herbatkę, i kocyk... Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, kochana jesteś😊
      Czaruj, tylko nie daj się zwodzić, bo Autor też czaruje... oj czaruje 😊
      Pozdrawiam 😊

      Usuń

Prześlij komentarz