Dekadentyzm stosowany - M.Urban "Lord Mord"


Gdybym miała utwór Urbana zareklamować  jednym krótkim hasłem, powiedziałabym – niesamowity nastrój! I właśnie od tego dzisiaj zacznę. Od atmosfery. Od mrocznego, tajemniczego, przesiąkniętego dziwnym niepokojem klimatu. Nie może być jednak inaczej, wszak mamy tutaj dziewiętnastowieczną Pragę, Pragę końca wieku, Pragę w materialnej i mentalnej przebudowie. I mamy morderstwa, wyburzanie dzielnicy żydowskiej, oraz śmieszno-tragicznego bohatera przemierzającego ten dziwny świat w otoczeniu obłoków absurdu. Tematyka ociera się o wiele bardzo ciekawych konwencji, zahacza o groteskę i muska styl gotycki. Książkę cechuje więc niebywała wręcz różnorodność. Znajdziemy tutaj i klasyczne cechy kryminału noir, i koncepcję masek, i motywy prastarych baśni. Jest delikatnie zarysowana postać kobiety-szpiega i jest staromodny wątek pojedynku, w którym uczestniczą sekundanci. Tak więc, dla każdego coś miłego i doświadczając tego bogactwa, aż trudno uwierzyć, że książka może nużyć. A miejscami nuży i to do tego stopnie, że mniej więcej do połowy po prostu trzeba przez nią przebrnąć. Później przez jakiś czas nie można się oderwać, bo akcja bardzo przyśpiesza, ale w sumie tylko po to, aby na końcu wpaść w mocno rzewny ton i przybrać formę dość trywialnego, sentymentalnego banału. Niemniej jednak w odbiorze całości wszystko to staje się w zasadzie mało istotne, bo przekaz jest tak głęboki i poruszający, że w jego obliczu nikt chyba nie śmiałby drążyć kwestii formy. Urban męczy więc czytelnika celowo i celowo nie przejmuje się zbytnio jego narzekaniem. Podobnie zresztą zachowałby się przecież jego bohater – nonszalancko, ekstrawagancko, bezczelnie. Podobnie postąpiłaby cała ówczesna społeczność pełna niepokoju i lęku. I taka właśnie jest ta książka – niespokojna, nierówna, dziwna. Filozofia dekadencka wylewa się z  każdej jej strony. Zwątpienie, odrzucenie wartości, lęki topione w absyncie i upiór mordujący prostytutki. Gotowi na zwiedzanie mrocznych zakątków Pragi i jeszcze mroczniejszych dusz jej zgnębionych mieszkańców?
DEKADENCJA PODSZYTA STRACHEM
Pamiętacie te lekcje polskiego, na których pani, nie bez problemów, próbowała opanować zażenowanie wywołane pytaniem – czy ten utwór powstał pod wpływem alkoholu lub narkotyków? Opowieści o cyganerii przemierzającej ciemne ulice w długich, czarnych pelerynach . Duszne, zadymione bary, w których się pije, uczestniczy w orgiach i dyskutuje o filozofii oraz polityce? Świat u kresu wytrzymałości. Ludzkość  od wieków niespokojna. Właśnie z taka konwencją mamy tutaj do czynienia . I możemy albo zawstydzić się ja nasza pani od polskiego, albo próbować tą wizję zrozumieć. Rzeczywistość ma tutaj czarny kolor. Ponure uliczki zwiedza się głównie pełną tajemnic nocą i w takich też okolicznościach spotyka się odrażającego upiora- mordercę. Któż z nas nie bał się kiedyś jakiejś wymyślonej na potrzeby ujarzmiania krnąbrnej dziatwy maszkary? Kto choć raz nie pomyślał o tajemniczym i przerażającym bycie znajdującym się po łóżkiem tudzież za oknem? Takie  projekcje również pojawiają się na kartach powieści. Potwór mordujący prostytutki jest żywcem wyjęty z brutalnych opowieści i starych legend. Jednak mimo tego, że niewątpliwie sieje grozę, jest w sumie pieszczotliwie nazywany Mięskiem. Ta dziwna, mocno wyolbrzymiona koncepcja, przenosi czytelnika w całkowicie odrealnioną przestrzeń, w świat dziwny i niesamowicie ponury. Groteskowe ujęcie zbrodni popełnianych przez stwora, który zamiast twarzy ma kawał mięsa, dosłownie i metaforycznie oddala od tego co na miejscu. Od wyburzania żydowskiej dzielnicy, od skorumpowanej policji, od nędzy, i od ekstremalnie napiętej sytuacji politycznej. Świat, nad którym można jedynie płakać. Totalne zdziczenie obyczajowe, wszechobecna przemoc i moralnie puste, hedonistycznie nastawione ciało. Fantastycznie odmalowane tło epoki. Z detalami oddane wszelkie niepokoje ówczesnego świata. Tak właśnie sobie to wszystko wyobrażałam. Ten pachnący alkoholem  i strachem świat przełomu wieków. Tak właśnie widzę te  dylematy, to znużenie i smutne zblazowanie myślicieli spod bandery dekadencji. Mrok i absynt. Rozpusta i nadużywanie morfiny. I baśniowa , mordercza postać, która jest potworem, ale potworem nie jedynym, bo iście potworne zdaje się być  przecież całe otoczenie. „…Praga wzdychała i narzekała, zawodzenie parzących się ssaków rozlegało się z uliczek i podwórek Żydowskiego miasta, a ratusz zatykał sobie uszy…” Obraz ponury, mocny, wywołujący dreszcze. Kwintesencja dekadenckiego sposobu pojmowania  świata.
SZLACHCIC NA ROZDROŻACH
Całą tą pesymistyczną otoczkę wszechobecnego przygnębienia i obezwładniającej bezsilności w dość osobliwy sposób przecina osoba głównego bohatera, który jest jednocześnie narratorem. Postać barwna i idealnie wpisująca się w konwencję. Młody mężczyzna nastawiony do życia w sposób sarkastyczny i roszczeniowy. Rozkapryszony szlachcic z przerośniętym ego. Uzależniony od różnej maści używek rozpustnik. Król życia z dąsem i manierą w głosie. Uprawia szermierką, ma utrzymanki, w pewnym momencie nawet dwie naraz, jest w niełasce swojego rodu, a majątku dorabia się na handlu narkotykami. I taki dość nietypowy młodzieniec przechadza się ulicami rozkładającej się Pragi i obserwuje oraz opisuje otoczenie, natykając się przy tym notorycznie na seryjnego mordercę w potwornej masce. Kim jest tytułowy Lord? Pretendującym filozofem? Swoistą próbką ówczesnego społeczeństwa? Prawdopodobnie tak, ale jawi się on również jako głos pokolenia, jako symbol przedziwnego buntu wobec rzeczywistości. Buntu, który jest skazany na porażkę, buntu w pewnym sensie niemego. Pewnych procesów nie da się powstrzymać. Człowiek w obliczu wielkich przełomów społecznych i historycznych ginie praktycznie nieusłyszany. Jednostka zostaje zassana przez system. Stąd to poczucie bezsilności zakrywane od wieków odrzuceniem wartości i hedonistycznym dążeniem do zaspokojenia. Taka postać niewątpliwie nosi również znamiona tragizmu, bo przecież ta niemożność podjęcia decyzji, ta blokada wszelkich ruchów jest jak klatka . Osaczenie. Zniewolenie. Totalne skarłowacienie moralne. Pod koniec utworu narracja z konwencji groteskowej wpada w ton rzewny. Taki zabieg niekoniecznie mi się to podoba, ale rozumiem jak głęboki posiada sens. Kończą się pomysły na dalsze obśmiewanie rzeczywistości, a wszechobecny nihilizm otula swoim chłodem wszystko dookoła. Nie ma już dróg ucieczki. Mrok zalewa ulice i dusze. Mrok gęsty, niebezpieczny, nieprzejednany.
GROŹNE WIZJE PRZYSZŁOŚCI
Przez cały utwór z dużą regularnością przewijają się obrazy maszyn, które służą do wyburzania starej dzielnicy miasta. Są to obiekty  obce, niebezpieczne, dziwne. Ciężko jest zrozumieć w jak działają i właściwie nie ma sposobu na to, aby je unicestwić, aby się ich pozbyć. Maszyny są symbolem zmiany, nowego, nieznanego. Teoretycznie mają służyć dobru wspólnemu, mają oczyszczać miasto z wrzodów i budować lepszy świat, ale tak naprawdę sieją grozę, bo przecież nikt nie może być pewny co powstanie na gruzach. Ta niepewność otumania strachem. Społeczeństwo sterowane przez układy rządzących traci grunt pod nogami, a upiorny morderca zdaje się być straszakiem dla niepokornych. Kto pociąga za sznurki? Kto za tym wszystkim stoi? Musze przyznać, że intryga jest skonstruowana bardzo solidnie i ciężko jest ją przejrzeć . Natomiast gdy zagadka zostaje rozwiązana i pewne mechanizmy zdemaskowane, czytelnikowi udziela się nastrój niepokoju. Co z tego, że w zasadzie wszystko jest klarowne, skoro i tak wiadomo, że ta historia nie skończy się dobrze, ani w tej, ani w żadnej innej czasoprzestrzeni . „…Widziałem brudną wodę, która odpływa zastępowana przez inną Taki szlam się nie osadza, ale dna nie da się wyczyścić…”. Stare domy pełne zarazy i zgorszenia zostaną zburzone, ale schematy rządzące światem nigdy się nie zdezaktualizują.
….
Uwielbiam książki choćby minimalnie nawiązujące do utworu, który uważam za arcydzieło wszechczasów. Mówię oczywiście o Mistrzu i Małgorzacie. Świat pogrążony w totalnym chaosie. Rzeczywistość, w której ingerencja siły nadprzyrodzonej zdaje się być najbardziej logicznym działaniem. Nie po raz  pierwszy  dziewiętnastowieczna Praga kojarzy mi się z Moskwą Bułhakowa. Tak było już w przypadku utworu  Młyn do mumii i choć obie te książki czyta się zupełnie inaczej, to jednak przejmujący mrok staje się tutaj płaszczyzną wspólną. Od nastroju zaczęłam i na nastroju kończę, bo też i jego charakterystyczność oraz typowość będzie prawdopodobnie tym co najbardziej utkwi mi w pamięci. Lord Mord jest lekturą dla cierpliwych i uważnych. Taki klimat trzeba lubić. Zachęcam więc tych, którzy lubią w literaturze ciemność.


Brak automatycznego tekstu alternatywnego.






Komentarze

  1. Nie dla mnie ale i tak mnie zaciekawiła :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż jesienne wieczory bywają długie może się skusze

    OdpowiedzUsuń
  3. Generalnie takie książki to nie moje klimaty, ale zainteresowałaś mnie na tyle, że sięgnę po nią :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Na jesienny wieczór - czemu nie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lektura idealna właśnie na jesienny wieczór 🍂🍁📖.

      Usuń
  5. Taka mocna historia, a jaka niepozorna okładka 😉
    Nie jest to co prawda propozycja wpisująca się w ramy tego, co czytam, ale czasami warto odejść od utartych schematów, dlatego też kiedyś po nią sięgnę. Chociażby z czystej ciekawości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po przeczytaniu tyj recenzji mam dokładnie takie same przemyślenia!

      Usuń
  6. Dawno nie podróżowałam takimi szlakami literatury, chętnie zwrócę bliższą uwagę na książkę. :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz